Białe piórko (White feather)

 

Wydarzały się różne rzeczy w jej życiu, ale nigdy nie było tak źle. Potrafiła wiele znieść, ale nigdy nieszczęścia nie uderzały w nią z taką zmasowaną siłą jak teraz. Było jej źle. Cierpiała. Nie tylko fizycznie. Równie mocno cierpiała jej dusza. Czasami ból był tak niewyobrażalnie wielki, że myślała, że dłużej już nie wytrzyma. Tak bardzo chciała żeby ktoś zdjął z niej choć odrobinę tego ciężaru, zabrał choć odrobinę bólu. Zawsze była silna, ale teraz czuła, że ma coraz mniej sił by walczyć. Walczyć z chorobą. Z przeciwnościami. Robiła jeden nieostrożny ruch i rozbijała się jak delikatna, szklana figurka. Na tysiące kawałków. Każdy z nich powodował jeszcze większy ból. Czuła go w całym ciele. W każdej jego cząstce.
– Boże! – myślała wtedy – Dlaczego? – Cierpienie i ból wcale nie uszlachetnia, wcale nie sprawia, że czujemy się bardziej wrażliwsi, empatyczni. Może  jest tak tylko do czasu, a potem przychodzi moment, że ten potworny ból wywołuje wręcz odwrotną reakcję: złość, gniew, agresję. Powoduje, że nie chcesz już żyć. Chcesz tylko zamknąć oczy i nie chcesz czuć już nic więcej. NIC.

Za oknami świat przybrał kolor szarego, jesiennego nieba. Jej ciemne włosy rozrzucone na białej poduszce tworzyły fantazyjny wzór. Niebieskie oczy wyblakły, zszarzały, zupełnie jak to jesienne niebo za oknem. Ale mimo tego całego cierpienia wypisanego na twarzy nadal wyglądała pięknie.
– Czy czeka mnie jeszcze coś dobrego? – westchnęła cicho i zamknęła zmęczone oczy.

Zapadł już wieczór. Na niebie zaświeciły pierwsze gwiazdy. Nagle za oknem coś zaszeleściło… i na parapecie usiadł Anioł. Cichutko złożył swoje wielkie, białe skrzydła, strzepnął z nich złoty pył, który najpierw wzbił się w górę, a potem powoli opadał na śpiącą dziewczynę. Popatrzył na nią ze wzruszeniem. 
– Śpij… Śpij spokojnie… Jestem tu po to, by cię chronić. Cierpisz, ale nie czas jeszcze na ciebie. Nie czas… – szepnął.
Usiadł na brzegu łóżka i ujął jej drobną dłoń w swoją. Z jego oczu płynęły łzy, a każda z nich zabierała cząstkę jej bólu. Kiedy nadszedł świt i słońce nieśmiało zaczęło prześwitywać przez chmury, otarł niewyspane oczy, rozłożył swoje skrzydła i odleciał…

Rankiem obudziły ją promienie słońca i radosny śpiew ptaków. Powoli otwierała oczy. Niebo było dzisiaj wyjątkowo niebieskie. Poruszyła się ostrożnie, ale nie poczuła bólu. Tak, dzisiaj nie czuła bólu! Usiadła na łóżku. Rozejrzała się po pokoju.Wszystko było przecież tak samo, ale czuła, że jednak coś się zmieniło. Spojrzała na uchylone okno. Na parapecie leżało małe, białe piórko. Odsunęła kołdrę i nagle zobaczyła leżący na prześcieradle przepiekny różaniec z błyszczących koralików, koralików w kształcie łez. Obok niego leżał list…

Jestem w twoim sercu i już cię nie opuszczę. Będę w każdym dźwięku. A każdy dźwięk będzie ciepły, złoty i skrzydlaty tak jak ja. Widzisz ten złoty pył w powietrzu, każde jego lśnienie? Umiem czynić rzeczy czarodziejskie. Czynię jasność dookoła, ocieram łagodnie zmęczone i smutne oczy aby nie było już w nich smutnego spojrzenia. Umiem w dłonie nabrać blasku i nieść to złoto i rozdzielić je między tych, którzy go potrzebują. Umiem pocieszyć i ogrzać serca. A ten naszyjnik, który znalazłaś? Noś go. W nim jest zamknięty twój ból. Noś go zawsze przy sobie i pamiętaj jak wielkim darem jest życie”.

KODAK Digital Still Camera

Foto: Jolanta Kalinowska

Fragment tekstu (list) – autor nieznany