Giuseppina

5b1f13b44f042762b4d8386f495e6f2c,2,0

Giuseppina ma 78 lat. Siwe włosy sięgające do ramion, smutną pomarszczoną twarz i zmęczone oczy. Giuseppina siedzi na szpitalnym łóżku i wciąż patrzy w stronę drzwi. Czeka.
Siedzę obok niej na metalowym stołku już od trzech godzin. Prawie wcale nie rozmawiamy, trzyma mnie tylko za rękę. Głaszczę jej pomarszczone, spracowane dłonie. Wiem, że sprawia jej to przyjemność. Co jakiś czas na jej twarzy pojawia się grymas bólu. Ściska mnie wtedy mocniej za rękę. W jej oczach widzę strach. Boi się, że nie zdąży, boi się, że to już… 
– Ciiii… zaraz minie – mówię Boli – szepcze – strasznie boli… Pomasuj mnie proszę…Twoje dłonie są takie delikatne…
Podciągam do góry jej koszulę i zaczynam masować jej plecy. Po chwili czuję, że się rozluźnia. Ból mija.
– Jeszcze chwilę – prosi – tak jest dobrze – uśmiecha się – Ale potem mnie uczeszesz – dodaje – Zobacz jakie mam potargane włosy…
– Dobrze, Giuseppina, uczeszę cię. Przyniosłam ci  też świeżą, czystą koszulę. Tę w kwiatki, którą lubisz mówię
– Dobrą ma pani córkę – rozległ się głos z końca sali. Kobieta z łóżka pod oknem obudziła się.
Giuseppina pogłaskała mnie po dłoni.
– Tak, to prawda, jest dla mnie taka dobra, choć nie jest moją prawdziwą córką, ale kocham ją jak własną.
– To miłe, że ma pani kogoś kto tak o panią dba.
– Mam ośmioro dzieci – powiedziała cichym głosem Giuseppina. Bardzo mnie kochają. Zapewne dzisiaj przyjdą mnie odwiedzić. Wie pani jak to jest, zapracowani są – mówiąc to spuściła oczy.
W szpitalu  była już ponad miesiąc. Każdego dnia na nich czekała. Wciąż patrzyła w stronę drzwi. Do innych chorych na sali przychodziła rodzina do Giuseppiny tylko ja. Pielęgniarki wchodziły i wychodziły, zaglądali lekarze. Za oknem już zrobiło się ciemno.
Giuseppina nadal siedziała na swoim łóżku. Uczesana, wystrojona w swoją czystą koszulę w kwiatki. I czekała. Czekała, aż w drzwiach stanie któreś z jej dzieci.
– Za 15 minut koniec odwiedzin, proszę już powoli opuszczać salę – usłyszałam nagle głos pielęgniarki.
Giuseppina złapała mnie nerwowo za rękę i zmęczona oparła głowę na poduszce.
– Nie odchodź jeszcze… Zostań dopóki nie zasnę… Boję się – szepnęła
– Jestem przy tobie… Śpij spokojnie – mówiłam i głaskałam ją po dłoni.
– Ale przyjdziesz jutro? – zapytała – Przyjdziesz? Na pewno?…
– Tak, przyjdę… Pomasuję ci plecy, uczeszę włosy, przyniosę znów świeżą, czystą koszulę i znów będziemy czekać.. Tak jak zawsze…
– Tak, tak jak zawsze –  złapała mnie mocniej za rękę. Jej oddech stał się spokojniejszy. Po chwili zmęczona zasnęła.
Delikatnie wysunęłam rękę z jej dłoni. Pielęgniarka zajrzała jeszcze raz. Czas odwiedzin już minął kilkanaście minut temu. Ale wiedziała, że to nasz codzienny rytuał więc nie powiedziała nic, tylko się lekko uśmiechnęła.
– Dobranoc Giuseppino – lekko pocałowałam ją w policzek – Śpij spokojnie… Do jutra…
Spojrzałam jeszcze raz na nią, na tę zmęczoną, starą kobietę i ogarnął mnie przeraźliwy smutek. – Ośmioro dzieci – pomyślałam – ośmioro dzieci i żadne z nich nie ma czasu dla swojej matki.
Przychodziłam do Giuseppiny jeszcze kilka dni. Za każdym razem powtarzałyśmy te same czynności, ten sam rytuał. Ostatniego dnia niewiele już widziała, nie bardzo wiedziała co się koło niej dzieje. Kiedy weszłam na salę podniosła głowę i powiedziała:  Maria, córciu, nareszcie jesteś! Nie próbowałam protestować ani zaprzeczać. Usiadłam jak zwykle koło łóżka na stołku. 
– Tak, mamo jestem… Wszyscy tu jesteśmy – powiedziałam. 
– Wiedziałam, że przyjdziecie… Tak na was czekałam… szepnęła.
Wzięłam jej dłoń w swoją i zaczęłam ją głaskać tak jak lubiła. Oddychała ciężko, oczy jej zachodziły coraz większą mgłą.
– Kocham cię mamo – powiedziałam, a łzy spływały mi po policzkach – wszyscy ciebie kochamy…
–  Wiem – wyszeptała z trudem – Dziękuję, że przyszliście… Nagle twarz jej się rozjaśniła, zniknął grymas bólu. Uśmiechnęła się. Czułam jak jej dłoń powoli wysuwa się z mojej dłoni. Oddech stopniowo zanikał, aż nagle zupełnie ucichł. Wiedziałam, że to już koniec. Wiedziałam, że już nigdy nie zobaczę mojej Giuseppiny.